Swego
czasu Jürgen Thorwald zwrócił na siebie moją uwagę przy okazji
kolejnego wydania „Stulecia detektywów”, jednaj z najbardziej
znanych prac tego niemieckiego autora, znanego z nietypowego
podejścia do wyszukiwania interesujących tematów historycznych.
Siadając
do lektury „Ginekologów” warto mieć wcześniej za sobą
przynajmniej kilka odcinków amerykańskiego serialu „The Knick”,
który pokazuje pracę w szpitalu na początku XX wieku. Da nam to
dobrą podstawę do lektury.
Podobnie
jak w przypadku większości książek Thorwalda u podstaw jego
zainteresowania tematem leży fascynująca historia medycyny.
Fascynująca, ponieważ nauka, którą znamy dzisiaj, powstawała w
bólach i były to bóle setek, czy może raczej tysięcy pacjentek,
które przez ostatnie nieco ponad sto lat przewinęły się przez
gabinety lekarzy, których dziś nazywamy ginekologami. Stosując
miarę, którą proponuje niemiecki autor, musimy założyć, że
współczesna ginekologia narodziła się pod koniec XIX wieku. Co
było wcześniej? O tym Thorwald również pisze, ale na potrzeby
niniejszej recenzji, wystarczy że przywołamy określenie, które
przylgnęło wówczas do specjalistów, zajmujących się kobiecym
chorobami. Sformułowanie „damscy rzeźnicy” tłumaczy chyba
wszystko.
Historia
prezentowana w książce jest fascynująca również dlatego, że
uświadamia nam, że wszystko czym się dziś otaczamy, nie jest
działem przypadku, a jedyni dobrych i złych wyborów setek
wynalazców, innowatorów i wizjonerów. Choć Thorwald pokazuje
często medycynę jako mieszankę dobrych chęci i obciążonych
zabobonami oporów i zaniechań, to jednak jego krytyczna postawa nie
zmniejsza podziwu dla tego, co udało się osiągnąć na przestrzeni
stu lat i to przy tak marnych środkach, jak te, którymi dysponowała
ginekologia na przełomie XIX i XX wieku.
Historia
ginekologii to nie tylko rozwój nowych metod, to również
eksplorowanie ślepych zaułków, z których wiele może się nam
wydać przerażających. Na dodatek spotykamy się z niespodziewaną
mizoginią, brutalnością, a nawet sadyzmem u osób, dla których
głównym zadaniem miało być przecież niesienie pomocy. Tymczasem
niektóre fragmenty czyta się, jakbyśmy mieli do czynienia raczej z
opisem działań grupy przestępczej, zajmującej się mordem na
masową skalę.
Podobno
jest to najbardziej kontrowersyjna książka Thorwalda. Być może,
wszak tak realistyczne podejście do ludzkiego ciała, zwłaszcza
widzianego przez pryzmat seksualności, wciąż należy do tematów
tabu. Mimo że niemiecki autor jak zwykle postarał się o
konsultantów i wiele wskazuje, że opisana przez niego historia dość
dokładnie trzyma się zarówno faktów, jak i wiedzy medycznej, to
jednak nietrudno przewidzieć jaka może być reakcja środowiska
medycznego, zwłaszcza co bardziej krewkich przedstawicieli
ginekologii, w których oczach „Ginekolodzy” mogą stać się
próbą ataku na ich etos zawodowy. Na szczęście pozycja Thorwalda
jako autora – choć jego książkom daleko do podręczników
medycznych – jest chyba na tyle dobra, że powinien wyjść z tej
awantury obronną ręką. Zwłaszcza że już teraz niektórzy
wykładowcy na akademiach medycznych chętnie korzystają z jego
książek, by pokazać początkującym adeptom medycyny jak wyglądała
historia ich zawodu. Książki Thorwalda – w tym również
„Ginekologów” - czyta się bowiem o wiele lepiej niż suche
zbiory faktów z historycznych podręczników. Choć być może
trudno w to uwierzyć, mamy tu do czynienia z rzetelnie opracowaną
gawędą, w której dbałość o fakty jest równie ważna jak
stylistyczna elegancja wypowiedzi.
Jürgen
Thorwald, Ginekolodzy, przeł. Anna Wziątek, Wydawnictwo Marginesy,
Warszawa 2015.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz