sobota, 19 stycznia 2019

Jestem z najcudowniejszego miasta na świecie

fot. Marcin Białek
Są takie miasta, które mi się podobają, a nawet znalazłoby się takie, w którym mieszkałem krótko, ale bywam w nim regularnie i jestem w nim zakochany. Ale to miłość, która nie ujmuje niczego mojej pierwszej miłości — miłości do Gdańska. Zapewne to zasługa ojca, który był działaczem opozycyjnym i również ogromnym miłośnikiem Grodu nad Motławą. Dziś, kiedy w mediach powtarza się wciąż echa słów Pawła Adamowicza: "Gdańsk jest najcudowniejszym miastem na świecie" - nie sposób uciec od odrobiny refleksji.


Gdańsk mojego dzieciństwa to solidarnościowe demonstracje, transportery opancerzone na ulicach i przyjaciel moich rodziców, który mimo rannej po postrzale nogi, ucieka przez okno z własnego mieszkania, w którym szuka go milicja. To czas, w którym jasne było, kto jest dobry, a kto zły. Śmiem twierdzić, że ta dziecięca perspektywa była wspólna dla wielu osób, niezależnie od wieku. Moi rodzice gościli u siebie wiele osób, z którymi po 1989 roku poróżniły ich poglądy. Ojciec przez długi czas był pod wpływem środowiska Andrzeja Gwiazdy, ale nie przeszkadzało nam to w listopadzie 1982 roku wystawać godzinami pod klatką schodową na gdańskiej Zaspie, kiedy Lech Wałęsa miał wrócić z internowania. Wspominany powyżej przyjaciel rodziców, który chyba do dziś sympatyzuje z Gwiazdą, zabrał ich kiedyś na Sylwestra do Wałęsy. Wówczas nikt nie wątpił w to, kto jest liderem tego ruchu.
Z dzieciństwa pamiętam, że Solidarność i solidarność to nie były dwa osobne słowa. To prawda, że byliśmy wówczas "my" i "oni". To prawda, że przekonanie o słuszności było ogromne. I to prawda, że już wówczas funkcjonowało coś, co dziś nazwalibyśmy hejtem. Sam miałem na ścianie list gończy, w którym oferowano 1000 dolarów za przedstawionego na obrazku człowieka w ciemnych okularach. Żywego lub martwego. Jednak czym innym jest to zjawisko w walce z ciemiężycielem, jakim wtedy była PZPR, a czym innym dziś, w wolnym kraju, w którym każdy może mieć swój pomysł na Polskę.

Gdańsk po przełomie to wybuch kolorów. Stragany z tandetą, pirackie kasety, książki sprzedawane z łóżek polowych — tak rodził się polski kapitalizm. Już wtedy był drapieżny. Ówcześni cinkciarze, to dziś szanowani biznesmeni. Spekulanci mają dobrze prosperujące sklepy lub poszli w politykę... Nie da się ukryć, że byliśmy wówczas oczarowani Zachodem. Po szarości lat osiemdziesiątych wszyscy mieli dość, nawet dzieciaki. No i okazało się, że tureckie jeansy są wreszcie w zasięgu ręki i portfela rodziców. Zresztą ze względu na inflację, lepiej było coś kupować, niż czekać na to, jak jutro zmienią się ceny...
Jednak przełom lat 80. i 90. to czas, kiedy te kolory i odcienie pojawiły się również w perspektywie kontaktów międzyludzkich. Ludzie zaczęli się od siebie coraz bardziej oddalać. Kto i kiedy po raz pierwszy mówił o zdradzie? Być może byli to gdańscy stoczniowcy, którzy rzucali Wałęsie znaczki pod nogi, kiedy przyjechał do nich "gasić strajk". Z perspektywy czasu możemy się zastanawiać, kto miał rację. Ale wówczas? Trudno się dziwić krótkowzroczności robotników, którzy zresztą po kilku latach trafili na bruk, w szczególnie ciężkim okresie przemian ustrojowych. Co by jednak było, gdyby u schyłku komuny nie doszło do przewrotu? Pewnie pracowalibyśmy za miskę ryżu, jak w Chinach, bo przecież o paszportach jeszcze wówczas nie było mowy.

Mam wrażenie, że Gdańsk lat 90., to było miejsce niespecjalnie przyjemne. Owszem, było sporo różnych inicjatyw kulturalnych, działały kluby studenckie, powstawały zespoły... Mam jednak wrażenie, że na imprezy jeździło się wówczas do Sopotu, a w poszukiwaniu wydarzeń kulturalych — do Gdyni. Nawet sport miał się wtedy słabo, pewnie w dużej mierze z braku inwestycji.
Były też momenty tragiczne, ale przez to pamiętne, takie jak pożar podczas imprezy MTV w hali Stoczni Gdańskiej. To wydarzenie pokazało, jak zachowują się Gdańszczanie w obliczu tragedii. Wtedy też w Gdańsku byli razem, a z całej Polski płynęły wyrazy współczucia i solidarności.

Łacińska sentencja "Nec temere, nec timide" (Bez strachu, ale z rozwagą) to dewiza Gdańska, wpisana w jego herb. Dziś, przy tej szczególnej uroczystości, jaką jest pogrzeb Pawła Adamowicza, wiele osób z innych miast publicznie mówi: "Jestem Gdańszczaninem", "Czuję się Gdańszczanką". Wiele osób też zastanawia się, jaką lekcję można z tego wszystkiego wyciągnąć. Nie mam zbyt wielu złudzeń. Jutro znów weźmiemy się pewnie za łby, oskarżając wzajemnie o odpowiedzialność za wszelkie problemy. Gdybym jednak miał się pokusić o szczyptę optymizmu, wskazałbym na "rozwagę", jako słowo-klucz, które może się stać motorem ewentualnej zmiany, która kiedyś może zatrzyma, lub przynajmniej wyhamuje polsko-polską wojnę. Przy odrobinie takiej rozwagi o wiele łatwiej dojść do wniosku, że lepiej dobrze żyć z sąsiadami, niż z od nas odległymi (również mentalnie) politykami.

Oczywiście nie każdy ma taką możliwość, żeby żyć dla swojego miasta. Paweł Adamowicz miał taką pracę, więc mógł się w niej łatwo odnaleźć, ale też zatracić. Jeżeli łączyliście kiedykolwiek pracę z pasją. Wiecie, o czym piszę. Nie sądzę, żeby zwykły człowiek był w stanie zrobić za wiele dla całego miasta. Jednak już dla swojego otoczenia może. A co takiego? Możliwości jest sporo, nawet dla tych, którzy nie mają czasu, by chodzić na jakieś zebrania i uczestniczyć w oddolnych inicjatywach. Ale już np. taki budżet obywatelski? Jeżeli nie zgłaszanie nowych projektów, to może chociaż głosowanie na już istniejące, stworzone przez tych, którzy mieli więcej czasu? To właśnie jest podstawa nowoczesnego patrioty, a nie puste deklaracje dotyczące tego, co by się zrobiło z jakimś politykiem, gdyby się go dostało w swoje ręce.

Wymachiwanie szabelką już nie raz kosztowało nas wolność i nigdy jeszcze samym tylko machaniem o własnych siłach tej wolności nie odzyskaliśmy. Jednak to temat na inny wpis, przy zupełnie innej okazji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz